Wróżby. Wiara we wróżbiarstwo

WróżbyWróżby, wróżenie, zabobony, magia. Moc wróżb i przepowiedni. Wszystko o wróżbach. Dlaczego wierzymy we wróżby i przepowiednie?

Wróżby, czary i horoskopy znane były już w starożytności. Podobno nawet, najwięksi wodzowie – tacy, jak Aleksander Macedoński czy Napoleon – astrologów zabierali na wojenne wyprawy. Ostatni Car Rosji Mikołaj II, swoją taktykę polityczną uzależniał od „widzeń” Rasputina, tajemniczego mnicha z Syberii. A Gala Dali – żona największego wesołka sztuki XX wieku – obrazy męża sprzedawała w oparciu o... karty tarota. Oczywiście, to najbardziej skrajne przejawy wiary w hokus – pokus, ale wróżby są tak bardzo popularne i tak powszechne, że na co dzień ich nawet nie zauważamy. Dlaczego? Bo wróżby (nawet te najbardziej pierwotne) stały się integralną częścią życia, w czego konsekwencji unikamy pechowej trzynastki, podkowy wieszamy nad drzwiami wejściowymi do domu, a na łące – wypatrujemy czterolistnej koniczyny.

Wróżby były popularne od zawsze, bo od zawsze człowiek bał się przyszłości. Dzisiaj, w dobie komputeryzacji i szalonego postępu, ten lęk jest jeszcze mocniejszy i wielopłaszczyznowy. Oprócz strachu przed potopem czy inną klęską żywiołową, boimy się krachu na giełdzie, wahań cen walutowych, utraty pracy czy awarii internetu. A wróżbiarze zacierają ręce...

Zainteresowanie wróżbami wykazują nie tylko statystyczni Kowalscy, ale i politycy, aktorzy czy poważani biznesmeni. Wiara we wróżby – jak pokazują badania – nie jest specjalnie zależna od poziomu zaawansowania IQ czy wykształcenia. Skąd bierze się to wciąż rosnące zainteresowanie wiedzą tajemną?

Według psychologów, wróżby najbardziej oddziałują na osoby lękliwe, niepewne siebie. Ale jak tu się nie bać, gdy na każdym kroku zagraża nam spadająca z dachu cegła? Ano nie bać się można, pokładając wiarę w prawdziwość przewidywań wróżek i magów. Taka stagnacja, wiara w predestynację i ufność w zapisany w gwiazdach los jest przecież o wiele łatwiejsza do przełknięcia, niż wzięcie życia we własne ręce i nadanie mu personalnego kształtu! Bo po co się starać, skoro na przyszłość, której wizję roztacza przed nami przekonująca wróżka – i tak nie ma się wpływu?

Ale to tylko jedna (świadcząca na niekorzyść nas samych) strona medalu. Drugą jest zakorzenione głęboko w kulturze dziedzictwo, którego najbardziej banalnym przejawem jest właśnie wiara w szczęśliwą moc czterolistnej koniczyny, czy łączenie rozbitego lustra z siedmioletnim pechem.

Oczywiście, z racjonalnego punktu widzenia, każdy z tych przesądów ma swoje historyczne uzasadnienie. Szczęśliwa, czterolistna koniczyna jest interpretacją średniowiecznych teologów, którzy doszli do wniosku, że kształt rośliny to – wypisz wymaluj – ukryty symbol krzyża. Kto ją znajdzie, będzie znajdował się więc pod protekcją boską. A lusterko? Zabobon o pechowym rozbiciu zwierciadła pochodzi z czasów, kiedy szklane lustra były bardzo drogie, więc stłuczenie ich było faktycznie pechem. Tyle tylko, że nie życiowym, ale stricte finansowy.

To wszystko, to jedynie zabobonny, powszechny wymiar wróżb. Często – wróżb koniunkturalnych, które w dobie rozwoju mass mediów i powszechnej komputeryzacji stały się żyłą złota. Ale... są jeszcze wróżby pierwotne, natchnione, podparte potężną, astrologiczną wiedzą, którym trudno jest odmówić zasadności i które – po prostu – się sprawdzają. To tak samo, jak z babinkami urzędującymi na peryferiach miast, które przyjmują w swoich chałupkach kolejki chorych. Wiejskie znachorki – choć na wyginięciu – ciągle leczą pacjentów za pomocą „szamańskich”, zielarskich metod i sprawiają, że wydane na nich wcześniej przez wyspecjalizowanych medyków diagnozy – wyroki śmierci, dezaktualizują się. A to za sprawą dotknięcia zielarską różdżką czy okładu ze świńskiego łoju. Bo wszystko – i wróżby, i wiejskie praktyki zielarek – jest kwestią względną i zróżnicowaną. Zarówno pod kątem racjonalności, jak i sprawdzalności.

Tarocistka Londyn